wtorek, 2 września 2014

Liście pamięci

I kiedy szedłem po raz pierwszy po Michałka, odebrać go ze szkoły, panowała iście jesienna pogoda. Deszcz od kilku dni wirował nad głowami, a dziś opuszczał ostatnie krople, które niby zabłąkane znajdowały prostą ale nieuchronną ścieżkę na parasole i głowy przechodniów. Mijały mnie akurat dwie starsze kobiety. Niosły kolorowe, zbyt kolorowe jak na ich wiek parasole. Czerwień i granat. Granat po prawej, czerwień po lewej. Dwie płachty błyszczącego od deszczu materiału. I chociaż były do siebie podobne z wyglądu nie łączyła ich raczej żadna bliższa znajomość.
- Mój syn - powiedziała ta idąca z prawej strony, głosem jakim tłumaczy się cudzoziemcom słowa których i tak się nie zna w obcym języku.